Okładka dla Piaseczno bez maski
10,344
Piaseczno bez maski

Piaseczno bez maski

„PiasecznoBezMaski.pl” jest zarejestrowanym tytułem prasowym na mocy postanowienia Sądu Okręgowego w Warszawie, VII Wydział Cywilny Rodzinny i Rejestrowy, Sekcja ds. rejestrowych, z dnia 20 października 2025 r., sygn. akt VII Ns Rej PR 629/25.

Comments Box SVG iconsUsed for the like, share, comment, and reaction icons

„Potencjalna ochrona sygnalisty", czyli ochrona warunkowa. Radni pytają burmistrza o procedury, których sami zdają się nie rozumieć

Czworo radnych Rady Miejskiej w Piasecznie – Piotr Sędziak, Anna Marecka, Artur Maicki i Michał Rosa – skierowało do burmistrza Daniela Putkiewicza wniosek o informację, jak urząd potraktował anonimową wiadomość e-mail, która 17 lipca 2026 r. trafiła na jego służbową skrzynkę. Radni pytają, „jaki bieg" nadano wiadomości i jakie czynności podjęto. Pytanie jest formalnie poprawne. Problem w tym, że zadają je osoby, których dotychczasowa praktyka w sprawach zgłoszeń sygnalistów każe zapytać o coś zupełnie innego: o intencję.

Co jest we wniosku

Radni informują, że wiadomość wysłano z adresu w domenie ProtonMail o godz. 21:49 i że otrzymała ją także część radnych. Pełnego adresu nadawcy nie podają – jak piszą – „ze względu na potencjalną ochronę sygnalisty".

To jedno słowo – „potencjalną" – mówi więcej niż cały pozostały wniosek. Ochrona danych w ustawie o ochronie sygnalistów nie jest stanem potencjalnym, warunkowym ani uznaniowym. Nie jest też uprzejmością, którą się okazuje lub nie, w zależności od tego, czy w danym momencie jest to politycznie wygodne. Sformułowanie „potencjalna ochrona" należy czytać dosłownie: będziemy chronić, chyba że uznamy inaczej.

Ustawa chroni dwie strony, nie jedną

Obowiązująca od września 2024 r. ustawa o ochronie sygnalistów rzeczywiście nakłada na urzędy gmin obowiązek posiadania procedur zgłoszeń wewnętrznych i podejmowania działań następczych. Ale ta sama ustawa zawiera drugi filar, o którym w piaseczyńskiej debacie publicznej milczy się konsekwentnie.

Art. 8 ustawy chroni dane osobowe nie tylko zgłaszającego. Podmiot, który przyjął zgłoszenie, przetwarza dane wyłącznie w zakresie niezbędnym do jego przyjęcia i ewentualnych działań następczych – a dane nieistotne dla sprawy podlegają usunięciu. Poufnością objęta jest również osoba, której zgłoszenie dotyczy, oraz osoby trzecie w zgłoszeniu wskazane. Powód jest oczywisty: zgłoszenie to zarzut, a nie ustalenie. Do czasu weryfikacji jest wyłącznie twierdzeniem jednej strony.

Innymi słowy: tryb sygnalisty nie jest kanałem dystrybucji materiału do dalszego obiegu. Jest procedurą wyjaśniającą – zamkniętą, poufną i wiążącą także tego, kto z niej korzysta.

Dlaczego to ma znaczenie akurat tutaj

Radna Anna Marecka zgłosiła sprawę dotyczącą CEM w trybie przewidzianym dla sygnalistów. Następnie ona i część sygnatariuszy omawianego wniosku upublicznili informacje ze zgłoszenia, czyniąc z nich materiał do publicznych zarzutów wobec konkretnych osób – zanim jakikolwiek organ te zarzuty zweryfikował.

Trudno o wyraźniejszą ilustrację problemu. Ochrona przysługująca zgłaszającemu została potraktowana jako uprawnienie. Ochrona przysługująca drugiej stronie – jako nieistniejąca. Ustawa nie przewiduje takiego podziału.

I właśnie dlatego wniosek z 17 lipca budzi wątpliwości. Uprawnienie radnego do pozyskiwania informacji wynika z funkcji kontrolnej rady – ma służyć nadzorowi nad działalnością organu wykonawczego. Nie jest narzędziem do ustalania, co dokładnie znalazło się w cudzej korespondencji, jak urząd ocenił jej wiarygodność i czy z tej oceny da się zbudować kolejną publiczną narrację.

Pytanie, którego nikt nie zadał

Nie kwestionujemy prawa radnych do pytania burmistrza o stosowanie procedur. To ich obowiązek. Kwestionujemy natomiast wiarygodność troski o ochronę sygnalisty deklarowanej przez osoby, które wcześniej same tę ochronę potraktowały wybiórczo.

Bo jeśli ochrona danych obowiązuje tylko wtedy, gdy chroni nas – a przestaje obowiązywać, gdy chroni kogoś, kogo akurat chcemy zaatakować – to nie mamy do czynienia z ochroną. Mamy do czynienia z narzędziem.

Burmistrz odpowie na wniosek i dowiemy się, jaki bieg nadano wiadomości z 17 lipca. Ale pytanie, na które odpowiedzi wciąż brakuje, brzmi inaczej: czy sygnatariusze tego wniosku pytają o procedurę dlatego, że zależy im na jej przestrzeganiu – czy dlatego, że potrzebują materiału?

I czy „potencjalna ochrona" oznacza cokolwiek więcej niż „ochrona, dopóki nam się nie przyda inaczej"?
... Zobacz więcejZobacz mniej

Sukces ogłoszono za wcześnie. Umowa na filię szkoły w Józefosławiu zerwana

Gmina odstąpiła od umowy najmu nieruchomości przy ul. Przyrodniczej 56, w której miała powstać filia szkoły w Józefosławiu. Decyzja zapadła na wniosek Dyrektora szkoły, a jej powody Dyrektor opisał w swoim oświadczeniu i nie zamierzamy ich tu powielać. Jest jednak w tym oświadczeniu jedno zdanie, które wymaga komentarza: że wszystkie terminy zostały dotrzymane przez szkołę i organ prowadzący.

W odniesieniu do samej podpisanej umowy — być może tak. Ale umowa nie wzięła się znikąd.

Już wcześniej pisaliśmy, że tematem zwiększenia liczby pomieszczeń zajęto się zdecydowanie za późno. Cały proces — od decyzji o najmie po kwotę czynszu — budził emocje. Z jednej strony rodzice, którzy z nadzieją patrzyli na każdą decyzję dającą dzieciom miejsce w szkole. Z drugiej praktycy, którzy wskazywali na chaos i na to, że przy takim tempie nie ma czasu na przemyślane decyzje. Terminów można dotrzymać. Tego, że zaczęto o kilka miesięcy za późno, dochowaniem terminów się nie nadrobi.

Wszyscy pamiętamy też, jak to wyglądało w momencie podpisywania umowy. Pani Wiceburmistrz — w obecności obiektywów działu promocji — wywierała presję na radnych, żeby wyrazili zgodę. Równolegle ogłaszano wszem i wobec sukces. Jak się okazuje, przedwcześnie.

Dziś działu promocji już nie ma. Jest komunikat: na wniosek Dyrektora odstąpiono od umowy. Bez kamer, bez oprawy.

I paradoksalnie to jest najlepsza wiadomość w tej sprawie. Ktoś miał na tyle rozsądku, żeby podjąć decyzję i przerwać, zamiast brnąć dalej i udawać, że projekt idzie zgodnie z planem. To nie jest polityka. To jest właśnie dbanie o dobrostan dzieci.
... Zobacz więcejZobacz mniej

💾Centrum danych na granicy Piaseczna i Józefosławia. Rozwój czy nowe problemy dla mieszkańców?

Na granicy Piaseczna i Józefosławia planowana jest budowa dużego centrum usług handlu elektronicznego wraz z centrum przetwarzania danych (Data Center). Zgodnie z decyzją środowiskową inwestycja obejmie cztery budynki centrum danych, infrastrukturę techniczną, drogi wewnętrzne, parkingi, place przeładunkowe oraz rozbudowany system zasilania i chłodzenia.

Choć centra danych są dziś niezbędnym elementem nowoczesnej gospodarki, ich funkcjonowanie wiąże się również z konkretnymi oddziaływaniami na otoczenie. Analiza dokumentacji środowiskowej pokazuje, że największe wyzwania dla mieszkańców mogą dotyczyć hałasu, zużycia wody oraz wpływu inwestycji na lokalną infrastrukturę.

Hałas, który nie ustaje

Wbrew powszechnemu przekonaniu centrum danych nie jest cichym budynkiem z serwerami. Aby zapewnić nieprzerwaną pracę urządzeń, konieczne jest ich całodobowe chłodzenie.

W decyzji środowiskowej przewidziano montaż kilkudziesięciu urządzeń chłodniczych i wentylacyjnych – drycoolerów, agregatów chłodu, wentylatorów oraz instalacji HVAC. Część z nich ma pracować również w godzinach nocnych. Dokument nakłada również obowiązek budowy ekranów akustycznych na dachach wszystkich budynków o wysokości przekraczającej 5 metrów, co pokazuje, że kwestia hałasu była jednym z najważniejszych zagadnień analizowanych podczas postępowania środowiskowego.

Doświadczenia z innych części Polski pokazują, że mieszkańcy sąsiadujący z centrami danych najczęściej zwracają uwagę właśnie na jednostajny szum instalacji chłodniczych pracujących przez całą dobę. Takie sygnały pojawiały się między innymi przy funkcjonowaniu obiektów w rejonie Warszawy oraz Poznania.

49 agregatów prądotwórczych

Kolejnym elementem inwestycji jest system awaryjnego zasilania.

Dokumentacja przewiduje możliwość zainstalowania 49 agregatów prądotwórczych oraz podziemnych zbiorników paliwa o łącznej pojemności do 1280 m³. Agregaty mają zapewniać ciągłość pracy centrum danych podczas awarii sieci energetycznej, ale zgodnie z decyzją będą również okresowo uruchamiane w celach testowych.

Choć takie rozwiązania są standardem w centrach danych na całym świecie, oznaczają one również okresowe emisje hałasu i spalin.

Woda – pytanie, którego nie można pominąć

Najwięcej pytań budzi jednak kwestia gospodarki wodnej.

Od kilku lat mieszkańcy Piaseczna i okolic regularnie słyszą apele o oszczędzanie wody. W okresach letnich zdarzały się spadki ciśnienia w sieci wodociągowej, a Przedsiębiorstwo Wodociągów i Kanalizacji apelowało o ograniczenie podlewania ogrodów czy napełniania basenów. Powodem jest rosnące zapotrzebowanie na wodę, postępująca urbanizacja oraz coraz częściej występujące okresy suszy.

Jednocześnie decyzja środowiskowa dla planowanego centrum danych zakłada korzystanie z miejskiej sieci wodociągowej oraz budowę zbiornika retencyjnego o pojemności przekraczającej 1100 m³. Dokument nie określa jednak, jakie będzie rzeczywiste zużycie wody przez system chłodzenia serwerowni.

To nie oznacza, że inwestycja doprowadzi do niedoborów wody. Oznacza natomiast, że mieszkańcy mają prawo oczekiwać odpowiedzi na pytanie, jaki wpływ nowy obiekt będzie miał na lokalny bilans wodny.

Jak wygląda to w praktyce?

Współczesne centra danych wykorzystują różne technologie chłodzenia. Najbardziej zaawansowane rozwiązania opierają się na zamkniętych obiegach chłodzenia, systemach free cooling wykorzystujących niską temperaturę powietrza zewnętrznego lub chłodzeniu cieczą. Dzięki temu można znacząco ograniczyć zużycie wody.

Problem polega na tym, że decyzja środowiskowa nie przedstawia szczegółowego opisu technologii chłodzenia, która zostanie zastosowana w Piasecznie. Tym bardziej zasadne wydaje się oczekiwanie, że inwestor przedstawi takie informacje jeszcze przed rozpoczęciem realizacji przedsięwzięcia.

Czego uczą inne inwestycje?

Podobne obiekty funkcjonują już w wielu miejscach w Polsce. Doświadczenia mieszkańców pokazują, że najczęściej zgłaszane są trzy problemy:

ciągły hałas instalacji chłodniczych,
testy agregatów prądotwórczych,
zwiększony ruch techniczny związany z obsługą infrastruktury.

Nie są to zagrożenia o charakterze awarii przemysłowej. Sama decyzja środowiskowa jednoznacznie wskazuje, że planowana inwestycja nie kwalifikuje się jako zakład stwarzający zwiększone ryzyko poważnej awarii.

Nie oznacza to jednak, że wpływ inwestycji na komfort życia mieszkańców będzie niezauważalny.

Rozwój wymaga dialogu

Centra danych są potrzebne. Korzystamy z nich każdego dnia, często nawet o tym nie wiedząc. To dzięki nim działają banki, sklepy internetowe, usługi administracji publicznej czy platformy streamingowe.

Jednocześnie każda tak duża inwestycja powinna być prowadzona w sposób przejrzysty i z uwzględnieniem interesów mieszkańców.

W przypadku planowanego centrum danych na granicy Piaseczna i Józefosławia warto publicznie odpowiedzieć na kilka pytań:

Jaki będzie rzeczywisty pobór wody przez obiekt,
jaka technologia chłodzenia zostanie zastosowana,
w jaki sposób będzie monitorowany hałas po uruchomieniu inwestycji,
jak często planowane są testy agregatów prądotwórczych,
czy przewidziano niezależny monitoring oddziaływania inwestycji na otoczenie.

Takie informacje pozwoliłyby rozwiać wiele obaw i pokazały, że rozwój nowoczesnej infrastruktury może iść w parze z troską o jakość życia mieszkańców.

#centrumdanych #jawnośćinwestycji #drcyzjaśrodowiskowa
... Zobacz więcejZobacz mniej

🏟️Piaseczno ma wydać 10 mln zł na boiska... na cudzym gruncie?

Według informacji przedstawionych przez wójt Lesznowoli Marty Maciejak, Gmina Piaseczno planuje wydać około 10 mln zł na budowę dwóch pełnowymiarowych boisk piłkarskich wraz z infrastrukturą sportową i parkingami.

Problem polega na tym, że inwestycja miałaby powstać na gruncie należącym do Gminy Lesznowola.

Z przedstawionej koncepcji wynika, że Lesznowola udostępni teren, natomiast Piaseczno poniesie koszt realizacji inwestycji.
Jedno boisko miałoby służyć Lesznowoli, drugie Piasecznu.

Pojawia się jednak zasadnicze pytanie: czy mieszkańcy Piaseczna powinni finansować wielomilionową inwestycję na nieruchomości, która nie należy do ich gminy?

Inwestowanie publicznych środków w majątek, którego właścicielem pozostaje inna gmina, zawsze rodzi pytania o bezpieczeństwo takiego rozwiązania. Jakie gwarancje miałoby Piaseczno? Na jak długo? Co stanie się po kilkunastu lub kilkudziesięciu latach? Czy gmina będzie miała trwałe prawa do korzystania z obiektu odpowiadające skali poniesionych nakładów?

To kwestie, które powinny zostać wyjaśnione, zanim zapadną jakiekolwiek decyzje.
Co ciekawe, sceptycyzm wobec przedsięwzięcia pojawił się również po stronie Lesznowoli. Jak poinformowała wójt gminy, podczas posiedzeń komisji radni poruszali kwestie Masterplanu, wartości gruntów w Mysiadle oraz zasadności lokalizacji takiego kompleksu sportowego.

Mieszkańcy mogą również pytać, czy 10 mln zł nie powinno zostać przeznaczone na inwestycje realizowane na gruntach należących do Gminy Piaseczno. Własne szkoły, drogi, obiekty sportowe czy tereny rekreacyjne pozostają pod pełną kontrolą samorządu i stanowią trwały majątek mieszkańców.

Budowanie kosztownej infrastruktury na cudzym gruncie wymaga szczególnie mocnego uzasadnienia ekonomicznego i prawnego. Bez pełnej przejrzystości dotyczącej warunków współpracy trudno oczekiwać społecznego poparcia dla takiego wydatku.
Wydawanie publicznych pieniędzy wymaga szczególnej rozwagi. Jeżeli Piaseczno ma ponieść wielomilionowe koszty inwestycji, mieszkańcy mają prawo oczekiwać pełnej transparentności oraz przekonującego uzasadnienia, dlaczego inwestycja miałaby powstać na gruncie należącym do innej gminy.

💬Link do posta w komentarzu.
... Zobacz więcejZobacz mniej

Kolejny mandat gminy. Klub Kultury w Józefosławiu był ubezpieczony na piątą część swojej wartości

Po pożarze z 2025 roku ubezpieczyciel wypłacił 60 038,17 zł. Samo Centrum Kultury wydało już ponad 248 tys. zł na usuwanie skutków zdarzenia, a Rada Miejska zabezpieczyła w budżecie gminy 1,5 mln zł na remont. Powód tej dysproporcji jest prosty: budynek był niedoubezpieczony. W polisie z kwietnia 2025 roku jego suma ubezpieczenia wynosiła 2 151 781 zł. Rok później, przy zawieraniu nowej umowy, ten sam budynek wyceniono na 11 600 000 zł. Ponad pięciokrotnie więcej — w ciągu dwunastu miesięcy.
Mieszkańcy Józefosławia do dziś nie mogą w pełni korzystać z Klubu Kultury. Odbudowa trwa. A rachunek za nią płacimy my.

Co dokładnie wypłacono

Z 60 038,17 zł odszkodowania 13 470 zł trafiło na konto Centrum Kultury, a 46 568,17 zł do firmy wykonującej prace restytucyjne. Reszta kosztów — przywrócenie zasilania, nowe przyłącze światłowodowe, przygotowanie do odłączenia klimatyzacji, utracone wyposażenie i materiały do zajęć — obciążyła budżet placówki, a więc budżet publiczny.

Dlaczego odszkodowanie jest tak niskie

Z odpowiedzi Centrum Kultury wynika, że przyczyną pożaru było zwarcie instalacji elektrycznej. Wszystkie wymagane przeglądy były aktualne, zdarzenie uznano za losowe. Nikt niczego nie zaniedbał po stronie eksploatacji budynku. Ubezpieczyciel zastosował jednak tzw. zasadę proporcji — mechanizm, który przy niedoubezpieczeniu obniża wypłatę w takiej samej proporcji, w jakiej suma ubezpieczenia jest niższa od rzeczywistej wartości mienia. Jeśli budynek wart 11,6 mln zł jest ubezpieczony na 2,1 mln zł, ubezpieczyciel pokrywa mniej więcej jedną piątą szkody. I dokładnie to się stało.

Tu zaczyna się problem, na który nie ma odpowiedzi

Centrum Kultury wyjaśnia, że poprzednia polisa opierała się na wartościach księgowych, a nowa została sporządzona według wartości odtworzeniowej — i że właśnie dlatego podniesiono sumy ubezpieczenia oraz składkę, żeby uniknąć powtórki.
Problem w tym, że w treści polisy z 2025 roku przy budynku w Józefosławiu widnieje zapis, że obiekt jest ubezpieczony „według wartości odtworzeniowej".

Skoro tak, to na jakiej podstawie ubezpieczyciel po szkodzie stwierdził niedoubezpieczenie wynikające z zastosowania wartości księgowych? Albo zapis w polisie nie odpowiadał temu, jak faktycznie wyliczono sumę ubezpieczenia — albo ktoś przekazał do polisy wartości, które z wartością odtworzeniową nie miały nic wspólnego. Obie możliwości wymagają wyjaśnienia.

Kto ustalał wartości

Z informacji o procesie zawarcia pierwszej umowy wynika, że wartości budynków zostały przekazane z Urzędu Miasta. Na ich podstawie agent PZU przygotował polisę, a umowę podpisała dyrektor Centrum Kultury. Pracownicy Centrum Kultury nie ustalali tych wartości samodzielnie.
Czyli dane wyszły z gminy. I to gmina — a więc my — dopłaca dziś różnicę.

Kolejny mandat

Nazwijmy to po imieniu. Oszczędność na składce ubezpieczeniowej okazała się pozorna. Faktura za nią właśnie przyszła i wynosi około 1,5 mln zł z budżetu gminy plus ponad 248 tys. zł wydane przez Centrum Kultury. To jest mandat — kara zapłacona przez mieszkańców za decyzję, której nikt z mieszkańców nie podjął i o której nikt ich nie poinformował.
Do tego dochodzi koszt, którego nie da się zafakturować: rok bez Klubu Kultury dla społeczności Józefosławia. Zajęcia, które się nie odbyły. Miejsce, którego nie ma.

Co powinno się teraz wydarzyć

Sprawa dotyczy majątku publicznego i publicznych pieniędzy. Jednym z podstawowych zadań radnych jest kontrola gospodarowania jednym i drugim. Wyjaśnienie okoliczności zawarcia tej polisy — kto, kiedy i na jakiej podstawie ustalił sumę ubezpieczenia 2 151 781 zł dla budynku wartego 11,6 mln zł — leży więc w interesie Rady Miejskiej.

Warto też zadać pytanie szersze: czy Józefosław był wyjątkiem, czy regułą? Jeśli wartości do polis przekazywano z Urzędu Miasta w ten sam sposób dla wszystkich gminnych obiektów, to gmina może dziś posiadać cały portfel budynków ubezpieczonych na ułamek ich wartości. O czym dowiemy się dopiero przy następnym pożarze.

Ile jeszcze takich mandatów zapłaciliśmy, nie wiedząc o tym? I ile zapłacimy, zanim ktoś uzna, że brak refleksji nad własnymi decyzjami też ma swoją cenę?
... Zobacz więcejZobacz mniej

Wczytaj więcej